Przejdź do głównej zawartości

pora na interwały!

jestem!
miałam napisać coś we wtorek, ale z racji przeprowadzki do Rzeszowa nie było czasu.
trzeci rok rozpoczęty! czeka mnie pisanie pracy licencjackiej i milion godzin praktyk w szpitalu i poradniach. juhu :P
nie no, nie narzekam, w tym roku jakoś to w końcu ogarnęli i wiemy co i jak. :)
plan zajęć nie jest już tak bogaty jak w tamtym roku, więc myślę, że nie będzie problemów z jedzeniem na uczelni :) to mnie cieszy.

póki co mieliśmy jedne zajęcia, z fizjologii wysiłku fizycznego. profesor w porządku, ćwiczenia będziemy mieć typowo praktyczne, czyli przychodzimy na hale i.. w sumie to nie wiem, co będziemy robić, ale mamy mieć dresy, wodę i ręcznik :D

przyznam się szczerze, że przez te kilka ostatnich dni nie odżywiałam się tak jakbym tego chciała, pojawiło się trochę za dużo wina (parę spotkań studenckich :D) i niezdrowych przekąsek.
ale dzisiaj już wszystko wróciło do normy, a rano (tzn o 12...) były INTERWAŁY!
nie było łatwo, ale ciężko też nie.
25 minut w zmiennym tempie: minuta biegu (truchtu) i minuta marszu.
nie jestem pewna, czy można to nazwać interwałami, ale pojawiło się to opisywane uczucie pieczenia w płucach itd. więc raczej zaliczam to do interwałów.
moja kondycja leży i kwiczy więc na razie taki start wystarczy.
a i tak myślałam, czy nie zrobić minuty truchtu i dwóch minut marszu (jak wiosną) ale stwierdziłam, że byłoby za prosto. a skoro dałam radę i nie padłam na ścieżce trupem to była to dobra decyzja :)
na zakończenie marsz do akademika i 145 schodów do ogarnięcia :D

jutro Ewka.

byłam w bibliotece i patrzcie co dorwałam!


jeszcze nie zaczęłam czytać, teraz mam inne lektury do przerobienia, ale na pewno się pochwalę co i jak, jak już ją przeczytam :)


jeszcze tak na zakończenie widok z mojego okna :)


tam biegam! tzn. nie po Wisłoku, nie widać ścieżek :D
a dzisiaj pogoda jest piękna!


pozdrawiam

Ola


Komentarze

  1. Interwały są świetne na spalanie kalorii, ciekawsze niż monotonne cardio i świetnie podkręcają metabolizm!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

nawyki, czyli od dzieciństwa do otyłości

czego mi brakuje w każdym sklepie? TEGO! w szczególności na mojej uczelni. wydział medyczny, kierunek dietetyka, a w bufecie same słodycze, frytki i pączki. dobra, znajdzie się miejsce na jakieś jabłko i kanapki, ale to wciąż za mało, żeby zmieniać zwyczaje naszego społeczeństwa. wydajemy miliony na edukację, a zapominamy o tym, żeby zaczynać u podstaw. wiadome, że nie można popadać w paranoję, każdy powinien dokonywać świadomych wyborów pomiędzy batonem, a jabłkiem, ale nasz mózg ma to do siebie, że "jemy oczami". widząc kolorowe etykietki po prostu wariujemy. czytałam gdzieś, że był pomysł na ustawę mówiącą to tym, żeby produkty wysoko przetworzone były pakowane w szare, nierzucające się w oczy opakowania. co byście wybrali, mając do wyboru snickersa w szarym opakowaniu, a stojące na półce te załączone wyżej cuda? no właśnie. my, dorośli to jeszcze pół biedy, jesteśmy w miarę świadomi (no nie zawsze..) tego, co jemy i co się z tym wiąże. ale wyobraźmy so...

Stałam się słońcem

Zbliża się Dzień Kobiet. Nie wiem czy Was również, ale mnie bardzo irytują wszędobylskie reklamy czego kobieta potrzebuje i co jeszcze powinna posiadać (w domyśle: żeby być wystarczającą). Lokówki, prostownice, depilatory, patelnie czy odkurzacze. Sugerowanie takich prezentów sprowadza rolę kobiet do "wyglądających" i "dbających o mir domowy" istot, które nie mają nic więcej do zaoferowania. I ja wszystko rozumiem - marketing dźwignią handlu i każda okazja się nada na podwyższenie sprzedaży. Ale wejdźmy w to głębiej. Czy depilator to jest naprawdę to, czego Twoja kobieta/siostra/mama potrzebuje? Czy może dając jej ten prezent uznajesz, że Dzień Kobiet odhaczony i "weź się babo odczep"? Czy nie lepiej poświęcić jej chwilę uwagi, okazać troskę, a jeśli już kupić prezent to taki, który powie "dziękuję, że jesteś (nawet z nieogolonymi nogami)"?  Drogie Panie, czy naprawdę potrzebujemy non stop się udoskonalać i dążyć do wersji idealnej (która nie ist...

nie stresuj się

pisałam gdzieś niedawno o książkach, które nabyłam w bibliotece. jedną z nich była pozycja   "Dlaczego zebry nie mają wrzodów? Psychofizjologia stresu." Roberta M. Sapolsky'ego  wydanie z 2010 roku, ponieważ są wcześniejsze edycje (nic w świecie nauki nie jest stałe) był to strzał w dziesiątkę :) napisana świetnym, prostym językiem, pełnym metafor i zabawnych historii oraz adnotacji. najważniejszymi zagadnieniami, które mnie interesowały była rola stresu w związku z żywieniem oraz ze snem. jak pisałam we wcześniejszym poście, stres ma ogromne znaczenie w obniżaniu poziomu naszego zdrowia. po pierwsze: mocno się zestresuj, a najdzie Cię ochota na jedzenie lub odwrotnie - stracisz apetyt. dlaczego tak się dzieje? dlaczego jedni pałaszują pół lodówki w obliczu podwyższonych ilości glikokortykoidów (główny hormon stresu) a inni nawet o tym nie myślą? Sapolsky tłumaczy to tak: "Podczas działania stresora zarówno apetyt jak i magazynowanie energii były...