Przejdź do głównej zawartości

Dzień czwarty. Rejs do Blue Lagoon.

No cóż. W życiu bywa i tak, że nastawiasz się na fajerwerki, a kończy się na zimnych ogniach. Tak wyszło tym razem. Więc jeśli marzycie o beztroskim chlapaniu się w błękitnych wodach morza Jońskiego to najpierw nauczcie się pływać. W innym wypadku będziecie sączyć wino i tęsknie patrzeć w kierunku wody i ludzi, zażywających kąpieli, zadając sobie pytanie "gdzie popełniłam błąd?"
A tak poważnie to 5 m głębokości trochę mnie zmroziło i nawet ogromny, dmuchany flaming nie przekonał mnie do zanurzenia się w tym błękicie.
Ale niektórzy bardzo ładnie stwarzali pozory twardzieli, zanurzając swoje gorące ciało w wodzie, jednocześnie trzymając się kurczowo drabinki jak małe dziecko spódnicy matki. Szacunek dla M.
Pamiętajmy, że na pokładzie dostępnych jest mnóstwo atrakcji, takich jak np. przystojna załoga. Grecy są bardzo otwarci i życzliwi, więc wszelka komunikacja i niewinny flirt są na propsie.
I coś tylko dla Pań: ogarniacie ten moment, gdy dostrzegacie przystojnego faceta (marynarza), który wygląda jak skrzyżowany Ryan G. z Johnnym D. (tym ze starych zdjęć), poruszający się jakby to on był panem tych włości, z zarostem niczym lord i opalenizną godną Greka w ociekających od wody czuprynie, białej koszulce i przylegających do tyłka spodenkach, prezentujący swoją muskulaturę w trakcie opuszczania kotwicy (ahhh chciałabym zobaczyć tą kotwicę!) który się do Ciebie uśmiecha, pyta czy wszystko "is good?" i "why don't you swim?" a Ty masz ochotę odpowiedzieć "I LOVE YOU!"?
Tak. Ja już przeżyłam swoją wakacyjną miłość.
Obiad zjadłyśmy na pokładzie, a była nim mieszanka greckich specjałów tj. sałatka, pieczony kurczak, tzatziki i chleb.
Tip dnia: jeśli chcecie więcej wina do obiadu to wylejcie połowę kieliszka na podłogę, przyniosą Wam kolejny.
Na zakończenie przytoczę dialog:
A: wyglądasz jak Greczynka
M: jak Grażynka?
A: to też.
MaGrażyna 100%. (poleci ktoś dobrego laryngologa?)

Pozdrawiam
A








Komentarze

Popularne posty z tego bloga

nawyki, czyli od dzieciństwa do otyłości

czego mi brakuje w każdym sklepie? TEGO! w szczególności na mojej uczelni. wydział medyczny, kierunek dietetyka, a w bufecie same słodycze, frytki i pączki. dobra, znajdzie się miejsce na jakieś jabłko i kanapki, ale to wciąż za mało, żeby zmieniać zwyczaje naszego społeczeństwa. wydajemy miliony na edukację, a zapominamy o tym, żeby zaczynać u podstaw. wiadome, że nie można popadać w paranoję, każdy powinien dokonywać świadomych wyborów pomiędzy batonem, a jabłkiem, ale nasz mózg ma to do siebie, że "jemy oczami". widząc kolorowe etykietki po prostu wariujemy. czytałam gdzieś, że był pomysł na ustawę mówiącą to tym, żeby produkty wysoko przetworzone były pakowane w szare, nierzucające się w oczy opakowania. co byście wybrali, mając do wyboru snickersa w szarym opakowaniu, a stojące na półce te załączone wyżej cuda? no właśnie. my, dorośli to jeszcze pół biedy, jesteśmy w miarę świadomi (no nie zawsze..) tego, co jemy i co się z tym wiąże. ale wyobraźmy so...

Stałam się słońcem

Zbliża się Dzień Kobiet. Nie wiem czy Was również, ale mnie bardzo irytują wszędobylskie reklamy czego kobieta potrzebuje i co jeszcze powinna posiadać (w domyśle: żeby być wystarczającą). Lokówki, prostownice, depilatory, patelnie czy odkurzacze. Sugerowanie takich prezentów sprowadza rolę kobiet do "wyglądających" i "dbających o mir domowy" istot, które nie mają nic więcej do zaoferowania. I ja wszystko rozumiem - marketing dźwignią handlu i każda okazja się nada na podwyższenie sprzedaży. Ale wejdźmy w to głębiej. Czy depilator to jest naprawdę to, czego Twoja kobieta/siostra/mama potrzebuje? Czy może dając jej ten prezent uznajesz, że Dzień Kobiet odhaczony i "weź się babo odczep"? Czy nie lepiej poświęcić jej chwilę uwagi, okazać troskę, a jeśli już kupić prezent to taki, który powie "dziękuję, że jesteś (nawet z nieogolonymi nogami)"?  Drogie Panie, czy naprawdę potrzebujemy non stop się udoskonalać i dążyć do wersji idealnej (która nie ist...

nie stresuj się

pisałam gdzieś niedawno o książkach, które nabyłam w bibliotece. jedną z nich była pozycja   "Dlaczego zebry nie mają wrzodów? Psychofizjologia stresu." Roberta M. Sapolsky'ego  wydanie z 2010 roku, ponieważ są wcześniejsze edycje (nic w świecie nauki nie jest stałe) był to strzał w dziesiątkę :) napisana świetnym, prostym językiem, pełnym metafor i zabawnych historii oraz adnotacji. najważniejszymi zagadnieniami, które mnie interesowały była rola stresu w związku z żywieniem oraz ze snem. jak pisałam we wcześniejszym poście, stres ma ogromne znaczenie w obniżaniu poziomu naszego zdrowia. po pierwsze: mocno się zestresuj, a najdzie Cię ochota na jedzenie lub odwrotnie - stracisz apetyt. dlaczego tak się dzieje? dlaczego jedni pałaszują pół lodówki w obliczu podwyższonych ilości glikokortykoidów (główny hormon stresu) a inni nawet o tym nie myślą? Sapolsky tłumaczy to tak: "Podczas działania stresora zarówno apetyt jak i magazynowanie energii były...