Przejdź do głównej zawartości

Dzień piąty. Afrykański skwar.

Drodzy!
Z racji tego, że dzisiejsza temperatura wynosi 34°C, a odczuwana jest przez nas jako 40, nasza aktywność ograniczała się do grillowania nóżek, udek i skrzydełek oraz powtarzania "***** jak gorąco".
Dodam tylko, że jedna z nas (i nie jestem to ja) godnie reprezentuje naszą narodową flagę. 
[zrobiłabym zdjęcie, ale byłoby ono wysoce niestosowne]
Stąd też chciałabym podsumować odbyte podróże kulinarne, bo jak wiecie, byle kebabem się nie zadowolimy (no, chyba, że na kacu).
Na wczorajszą kolację wybrałyśmy się do klimatycznej knajpki, ukrytej pomiędzy uliczkami oddalonymi od głównego deptaka, jednakowoż wypełnionej gwarem tubylców oraz turystów.
Ja zamówiłam grillowane świeże sardynki z mieszanką sałat, M. krewetki, również z sałatą.
Laik mógłby pomyśleć, że słaba ta kolacja, ale nic bardziej mylnego.
W każdej restauracji (przynajmniej w tych, w których jadłyśmy) dostaje się przystawki oraz desery. W cenie głównego posiłku.
Starterem zazwyczaj są ogromne pajdy ciemnego, chrupiącego, świeżego chleba oraz masło. Na deser podaje się miskę owoców.
Jednak wczoraj dostałyśmy dwa rodzaje ciasta. Cheesecake oraz Orange halva.
Re-we-la-cja! 
Cheesecake zrobiony był na mocno słonym, karmelowym, kruchym spodzie z delikatną kremową masą oraz kwaskowym musem z truskawek na górze. Poezja. M. prawie uroniła łzę, a ja powiedziałam kelnerce, że bez przepisu nie wyjdziemy, ale niestety dostałyśmy tylko ogólne wskazówki.
Orange halva również nas zmiotła, wygląda jak galaretka posypana cukrem, jednak zrobiona jest z semoliny z dodatkiem soku i skórki z pomarańczy oraz cytryny.
Tak więc dopieszczałyśmy nasze podniebienia tymi smakołykami, popijając wino i zastanawiając się jak wybudować portal, żeby móc tu częściej wracać.
Na dzisiejszy obiad wybrałyśmy dwa Greckie dania. M. zamówiła Dolmades, czyli coś na wzór naszych gołąbków: ryż z mięsem zawinięty w kapustę, polany sosem z dodatkiem cytryny.
Ja postawiłam na Gemista, czyli faszerowany ryżem i mięsem pomidor oraz papryka (przepyszna, słodka, zielona papryka rozpływająca się w ustach) podana z pieczonymi ziemniakami.
I znowu: na deser dostałyśmy spory półmisek pełen pokrojonego melona i arbuza.
Porcje jedzenia są ogromne. Na śniadanie omlet zapiekany z pomidorem? Jasne, ale koniecznie na cały talerz. Na kolację Carbonara? Pewnie, ale tyle, że nawet po wypchaniu żołądka pod samo gardło obsługa smutnie pyta czy nie smakowało.
Generalnie po każdym posiłku przyjmujemy status "omg, jak my się stąd wytoczymy".
W każdej restauracji zauważa się ogromną dbałość o satysfakcję klienta (nic dziwnego, z tego żyją) a także walkę o niego. W wielu miejscach obserwuje się tzw. nagabywaczy, czyli osoby, które zapraszają Cię do środka, prezentują Menu i ładnie się uśmiechają bylebyś tylko wszedł w ich skromne progi. Nie wiem czy tak było zawsze, czy jest to efekt ostatniego kryzysu (wiele lokali stoi pustych, lub jest na sprzedaż), czy też pozostałości po mocno zabawowym stylu życia miasta, jakim było kiedyś Benitses.
W każdym razie czujemy się dopieszczone. Jako klientki oczywiście.
Jedyny problem jaki tutaj mamy to znalezienie swieżych fig. Każdego ranka M. robi rundkę po tutejszych sklepach z nadzieją na powodzenie, ale jedyne co figę przypomina to... cebula.
I gwoli napomnienia i zaalarmowania.. Jeśli wybieracie się z kimś w podróż, śpicie w jednym pokoju, a wcześniej tego nie robiliście, to błagam, uprzedzajcie, że lubicie sobie pogadać przez sen. Tak żeby żyło się lepiej. Tak żeby współlokatorka nie musiała dostawać ataku serca, zastanawiać się czy wyskakiwać przez taras, czy szukać księdza. 
Bo M. sadziła dzisiaj drzewko przez sen (zapewne figowe...) i pytała czy się z tego powodu cieszę. Oczywiście, że tak. Z wariatami się nie dyskutuje.
Pozdrawiam
A
Sardynki z sałatą

Frappe

Omlet z pomidorem i fetą

Sofrito

Zupa curry

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

nawyki, czyli od dzieciństwa do otyłości

czego mi brakuje w każdym sklepie? TEGO! w szczególności na mojej uczelni. wydział medyczny, kierunek dietetyka, a w bufecie same słodycze, frytki i pączki. dobra, znajdzie się miejsce na jakieś jabłko i kanapki, ale to wciąż za mało, żeby zmieniać zwyczaje naszego społeczeństwa. wydajemy miliony na edukację, a zapominamy o tym, żeby zaczynać u podstaw. wiadome, że nie można popadać w paranoję, każdy powinien dokonywać świadomych wyborów pomiędzy batonem, a jabłkiem, ale nasz mózg ma to do siebie, że "jemy oczami". widząc kolorowe etykietki po prostu wariujemy. czytałam gdzieś, że był pomysł na ustawę mówiącą to tym, żeby produkty wysoko przetworzone były pakowane w szare, nierzucające się w oczy opakowania. co byście wybrali, mając do wyboru snickersa w szarym opakowaniu, a stojące na półce te załączone wyżej cuda? no właśnie. my, dorośli to jeszcze pół biedy, jesteśmy w miarę świadomi (no nie zawsze..) tego, co jemy i co się z tym wiąże. ale wyobraźmy so...

Stałam się słońcem

Zbliża się Dzień Kobiet. Nie wiem czy Was również, ale mnie bardzo irytują wszędobylskie reklamy czego kobieta potrzebuje i co jeszcze powinna posiadać (w domyśle: żeby być wystarczającą). Lokówki, prostownice, depilatory, patelnie czy odkurzacze. Sugerowanie takich prezentów sprowadza rolę kobiet do "wyglądających" i "dbających o mir domowy" istot, które nie mają nic więcej do zaoferowania. I ja wszystko rozumiem - marketing dźwignią handlu i każda okazja się nada na podwyższenie sprzedaży. Ale wejdźmy w to głębiej. Czy depilator to jest naprawdę to, czego Twoja kobieta/siostra/mama potrzebuje? Czy może dając jej ten prezent uznajesz, że Dzień Kobiet odhaczony i "weź się babo odczep"? Czy nie lepiej poświęcić jej chwilę uwagi, okazać troskę, a jeśli już kupić prezent to taki, który powie "dziękuję, że jesteś (nawet z nieogolonymi nogami)"?  Drogie Panie, czy naprawdę potrzebujemy non stop się udoskonalać i dążyć do wersji idealnej (która nie ist...

nie stresuj się

pisałam gdzieś niedawno o książkach, które nabyłam w bibliotece. jedną z nich była pozycja   "Dlaczego zebry nie mają wrzodów? Psychofizjologia stresu." Roberta M. Sapolsky'ego  wydanie z 2010 roku, ponieważ są wcześniejsze edycje (nic w świecie nauki nie jest stałe) był to strzał w dziesiątkę :) napisana świetnym, prostym językiem, pełnym metafor i zabawnych historii oraz adnotacji. najważniejszymi zagadnieniami, które mnie interesowały była rola stresu w związku z żywieniem oraz ze snem. jak pisałam we wcześniejszym poście, stres ma ogromne znaczenie w obniżaniu poziomu naszego zdrowia. po pierwsze: mocno się zestresuj, a najdzie Cię ochota na jedzenie lub odwrotnie - stracisz apetyt. dlaczego tak się dzieje? dlaczego jedni pałaszują pół lodówki w obliczu podwyższonych ilości glikokortykoidów (główny hormon stresu) a inni nawet o tym nie myślą? Sapolsky tłumaczy to tak: "Podczas działania stresora zarówno apetyt jak i magazynowanie energii były...