Drodzy!
Z racji tego, że dzisiejsza temperatura wynosi 34°C, a odczuwana jest przez nas jako 40, nasza aktywność ograniczała się do grillowania nóżek, udek i skrzydełek oraz powtarzania "***** jak gorąco".
Dodam tylko, że jedna z nas (i nie jestem to ja) godnie reprezentuje naszą narodową flagę.
[zrobiłabym zdjęcie, ale byłoby ono wysoce niestosowne]
Stąd też chciałabym podsumować odbyte podróże kulinarne, bo jak wiecie, byle kebabem się nie zadowolimy (no, chyba, że na kacu).
Na wczorajszą kolację wybrałyśmy się do klimatycznej knajpki, ukrytej pomiędzy uliczkami oddalonymi od głównego deptaka, jednakowoż wypełnionej gwarem tubylców oraz turystów.
Ja zamówiłam grillowane świeże sardynki z mieszanką sałat, M. krewetki, również z sałatą.
Laik mógłby pomyśleć, że słaba ta kolacja, ale nic bardziej mylnego.
W każdej restauracji (przynajmniej w tych, w których jadłyśmy) dostaje się przystawki oraz desery. W cenie głównego posiłku.
Starterem zazwyczaj są ogromne pajdy ciemnego, chrupiącego, świeżego chleba oraz masło. Na deser podaje się miskę owoców.
Jednak wczoraj dostałyśmy dwa rodzaje ciasta. Cheesecake oraz Orange halva.
Re-we-la-cja!
Cheesecake zrobiony był na mocno słonym, karmelowym, kruchym spodzie z delikatną kremową masą oraz kwaskowym musem z truskawek na górze. Poezja. M. prawie uroniła łzę, a ja powiedziałam kelnerce, że bez przepisu nie wyjdziemy, ale niestety dostałyśmy tylko ogólne wskazówki.
Orange halva również nas zmiotła, wygląda jak galaretka posypana cukrem, jednak zrobiona jest z semoliny z dodatkiem soku i skórki z pomarańczy oraz cytryny.
Tak więc dopieszczałyśmy nasze podniebienia tymi smakołykami, popijając wino i zastanawiając się jak wybudować portal, żeby móc tu częściej wracać.
Na dzisiejszy obiad wybrałyśmy dwa Greckie dania. M. zamówiła Dolmades, czyli coś na wzór naszych gołąbków: ryż z mięsem zawinięty w kapustę, polany sosem z dodatkiem cytryny.
Ja postawiłam na Gemista, czyli faszerowany ryżem i mięsem pomidor oraz papryka (przepyszna, słodka, zielona papryka rozpływająca się w ustach) podana z pieczonymi ziemniakami.
I znowu: na deser dostałyśmy spory półmisek pełen pokrojonego melona i arbuza.
Porcje jedzenia są ogromne. Na śniadanie omlet zapiekany z pomidorem? Jasne, ale koniecznie na cały talerz. Na kolację Carbonara? Pewnie, ale tyle, że nawet po wypchaniu żołądka pod samo gardło obsługa smutnie pyta czy nie smakowało.
Generalnie po każdym posiłku przyjmujemy status "omg, jak my się stąd wytoczymy".
W każdej restauracji zauważa się ogromną dbałość o satysfakcję klienta (nic dziwnego, z tego żyją) a także walkę o niego. W wielu miejscach obserwuje się tzw. nagabywaczy, czyli osoby, które zapraszają Cię do środka, prezentują Menu i ładnie się uśmiechają bylebyś tylko wszedł w ich skromne progi. Nie wiem czy tak było zawsze, czy jest to efekt ostatniego kryzysu (wiele lokali stoi pustych, lub jest na sprzedaż), czy też pozostałości po mocno zabawowym stylu życia miasta, jakim było kiedyś Benitses.
W każdym razie czujemy się dopieszczone. Jako klientki oczywiście.
Jedyny problem jaki tutaj mamy to znalezienie swieżych fig. Każdego ranka M. robi rundkę po tutejszych sklepach z nadzieją na powodzenie, ale jedyne co figę przypomina to... cebula.
I gwoli napomnienia i zaalarmowania.. Jeśli wybieracie się z kimś w podróż, śpicie w jednym pokoju, a wcześniej tego nie robiliście, to błagam, uprzedzajcie, że lubicie sobie pogadać przez sen. Tak żeby żyło się lepiej. Tak żeby współlokatorka nie musiała dostawać ataku serca, zastanawiać się czy wyskakiwać przez taras, czy szukać księdza.
Bo M. sadziła dzisiaj drzewko przez sen (zapewne figowe...) i pytała czy się z tego powodu cieszę. Oczywiście, że tak. Z wariatami się nie dyskutuje.
Pozdrawiam
A
Z racji tego, że dzisiejsza temperatura wynosi 34°C, a odczuwana jest przez nas jako 40, nasza aktywność ograniczała się do grillowania nóżek, udek i skrzydełek oraz powtarzania "***** jak gorąco".
Dodam tylko, że jedna z nas (i nie jestem to ja) godnie reprezentuje naszą narodową flagę.
[zrobiłabym zdjęcie, ale byłoby ono wysoce niestosowne]
Stąd też chciałabym podsumować odbyte podróże kulinarne, bo jak wiecie, byle kebabem się nie zadowolimy (no, chyba, że na kacu).
Na wczorajszą kolację wybrałyśmy się do klimatycznej knajpki, ukrytej pomiędzy uliczkami oddalonymi od głównego deptaka, jednakowoż wypełnionej gwarem tubylców oraz turystów.
Ja zamówiłam grillowane świeże sardynki z mieszanką sałat, M. krewetki, również z sałatą.
Laik mógłby pomyśleć, że słaba ta kolacja, ale nic bardziej mylnego.
W każdej restauracji (przynajmniej w tych, w których jadłyśmy) dostaje się przystawki oraz desery. W cenie głównego posiłku.
Starterem zazwyczaj są ogromne pajdy ciemnego, chrupiącego, świeżego chleba oraz masło. Na deser podaje się miskę owoców.
Jednak wczoraj dostałyśmy dwa rodzaje ciasta. Cheesecake oraz Orange halva.
Re-we-la-cja!
Cheesecake zrobiony był na mocno słonym, karmelowym, kruchym spodzie z delikatną kremową masą oraz kwaskowym musem z truskawek na górze. Poezja. M. prawie uroniła łzę, a ja powiedziałam kelnerce, że bez przepisu nie wyjdziemy, ale niestety dostałyśmy tylko ogólne wskazówki.
Orange halva również nas zmiotła, wygląda jak galaretka posypana cukrem, jednak zrobiona jest z semoliny z dodatkiem soku i skórki z pomarańczy oraz cytryny.
Tak więc dopieszczałyśmy nasze podniebienia tymi smakołykami, popijając wino i zastanawiając się jak wybudować portal, żeby móc tu częściej wracać.
Na dzisiejszy obiad wybrałyśmy dwa Greckie dania. M. zamówiła Dolmades, czyli coś na wzór naszych gołąbków: ryż z mięsem zawinięty w kapustę, polany sosem z dodatkiem cytryny.
Ja postawiłam na Gemista, czyli faszerowany ryżem i mięsem pomidor oraz papryka (przepyszna, słodka, zielona papryka rozpływająca się w ustach) podana z pieczonymi ziemniakami.
I znowu: na deser dostałyśmy spory półmisek pełen pokrojonego melona i arbuza.
Porcje jedzenia są ogromne. Na śniadanie omlet zapiekany z pomidorem? Jasne, ale koniecznie na cały talerz. Na kolację Carbonara? Pewnie, ale tyle, że nawet po wypchaniu żołądka pod samo gardło obsługa smutnie pyta czy nie smakowało.
Generalnie po każdym posiłku przyjmujemy status "omg, jak my się stąd wytoczymy".
W każdej restauracji zauważa się ogromną dbałość o satysfakcję klienta (nic dziwnego, z tego żyją) a także walkę o niego. W wielu miejscach obserwuje się tzw. nagabywaczy, czyli osoby, które zapraszają Cię do środka, prezentują Menu i ładnie się uśmiechają bylebyś tylko wszedł w ich skromne progi. Nie wiem czy tak było zawsze, czy jest to efekt ostatniego kryzysu (wiele lokali stoi pustych, lub jest na sprzedaż), czy też pozostałości po mocno zabawowym stylu życia miasta, jakim było kiedyś Benitses.
W każdym razie czujemy się dopieszczone. Jako klientki oczywiście.
Jedyny problem jaki tutaj mamy to znalezienie swieżych fig. Każdego ranka M. robi rundkę po tutejszych sklepach z nadzieją na powodzenie, ale jedyne co figę przypomina to... cebula.
I gwoli napomnienia i zaalarmowania.. Jeśli wybieracie się z kimś w podróż, śpicie w jednym pokoju, a wcześniej tego nie robiliście, to błagam, uprzedzajcie, że lubicie sobie pogadać przez sen. Tak żeby żyło się lepiej. Tak żeby współlokatorka nie musiała dostawać ataku serca, zastanawiać się czy wyskakiwać przez taras, czy szukać księdza.
Bo M. sadziła dzisiaj drzewko przez sen (zapewne figowe...) i pytała czy się z tego powodu cieszę. Oczywiście, że tak. Z wariatami się nie dyskutuje.
Pozdrawiam
A
![]() |
| Sardynki z sałatą |
![]() |
| Frappe |
![]() |
| Omlet z pomidorem i fetą |
![]() |
| Sofrito |
![]() |
| Zupa curry |





Komentarze
Prześlij komentarz