Wiecie jak to jest. Polakowi nie dogodzi. Tak źle i tak niedobrze. Wybrałyśmy się dzisiaj do uroczej miejscowości na północy wyspy, Sidari. Oczywiście najpierw robiąc poranny obchód po zamkniętych sklepach (bo przecież koniec naszego pobytu zbliża się nieuchronnie, a obowiązkowo trzeba przywieźć jakieś suweniry, zapomniałyśmy tylko, że jest sobota i normalni ludzie o 8 rano jeszcze śpią.)
Ale wróćmy do (nie)dogadzania.
Jak już dojechałyśmy i wypiłyśmy to nasze Frappe (w sumie to chyba taki nasz mały, poranny rytuał), usadowiłyśmy się na leżaczkach to przyszła pora na zamoczenie kuperków.
Więc czym prędzej pohasałyśmy do wody. No i idziemy. Idziemy. I idziemy... Woda sięga do kolan. Idziemy dalej. Woda do połowy łydki, a brzegu już prawie nie widać. Ale idziemy. Woda znowu do kolan. Idziemy. Zaczyna się coś dziać, woda do bioder. Jest progres. Brzeg majaczy gdzieś w oddali... Powoli tracimy cierpliwość, zastanawiając się, czy przypadkiem zaraz nie dojdziemy do innej wyspy. Fale robią się coraz wyższe i szarpią coraz bardziej, ale my nadal idziemy. Obok płynie jakiś dzieciak, fajnie, przynajmniej on sobie popływa, bo my to ewentualnie po warszawsku. Jakieś 300m od brzegu ogarnęłyśmy, że w sumie przydałoby się wracać jeśli chcemy jeszcze zobaczyć nasze fatałaszki i telefony. I powiedzcie mi, że los nie gra z nami w pokera, raz głębiny daje, raz je zabiera?!
Po plażowaniu wybrałyśmy się na wycieczkę po mieście w celu kupienia pamiątek. I powiem Wam, że jestem zirytowana równie mocno jak M. brakiem fig, że nie znalazłam ani jednej ładnej bransoletki handmade z muszlami. Ani, ani! NAD MORZEM!
Po zjedzonym obiadku [M. szamała Stifado, czyli wołowinę z cebulkami na ostro z ryżem i pieczonymi ziemniaczkami, a ja Chicken curry, czyli pyszny kurczak w curry z warzywkami, ryż, sałatka oraz chleb pita. Yummy.] wybrałyśmy się do Kanału Miłości (Canal d'Amour - po francusku brzmi to zdecydowanie lepiej...). Ludzie na mieście mówią, że jak dana niewiasta, czy też młodzieniec wykąpie się w wodach tegoż miejsca to odnajdzie miłość do końca życia. Pewnie jesteście ciekawi, czy się skusiłyśmy. Generalnie ja chciałam skakać z główki, M. na bombę, ale nie było takiej możliwości, bo wiał wschodni wiatr.
M. stwierdziła, że rzeczywiście coś może być w tym porzekadle, bo gdyby zechciał taki Janusz z taką Grażyną wykąpać się w tym miejscu to zapewne byłaby to ich ostatnia kąpiel w życiu.
Więc zrobiłyśmy sobie tylko pamiątkowe zdjęcie, które właśnie podziwiacie i wyruszyłyśmy brzegiem morza w dalszą wędrówkę.
Bo może jakiś Januszonois czeka tam za rogiem.
Pozdrawiam
A
Ale wróćmy do (nie)dogadzania.
Jak już dojechałyśmy i wypiłyśmy to nasze Frappe (w sumie to chyba taki nasz mały, poranny rytuał), usadowiłyśmy się na leżaczkach to przyszła pora na zamoczenie kuperków.
Więc czym prędzej pohasałyśmy do wody. No i idziemy. Idziemy. I idziemy... Woda sięga do kolan. Idziemy dalej. Woda do połowy łydki, a brzegu już prawie nie widać. Ale idziemy. Woda znowu do kolan. Idziemy. Zaczyna się coś dziać, woda do bioder. Jest progres. Brzeg majaczy gdzieś w oddali... Powoli tracimy cierpliwość, zastanawiając się, czy przypadkiem zaraz nie dojdziemy do innej wyspy. Fale robią się coraz wyższe i szarpią coraz bardziej, ale my nadal idziemy. Obok płynie jakiś dzieciak, fajnie, przynajmniej on sobie popływa, bo my to ewentualnie po warszawsku. Jakieś 300m od brzegu ogarnęłyśmy, że w sumie przydałoby się wracać jeśli chcemy jeszcze zobaczyć nasze fatałaszki i telefony. I powiedzcie mi, że los nie gra z nami w pokera, raz głębiny daje, raz je zabiera?!
Po plażowaniu wybrałyśmy się na wycieczkę po mieście w celu kupienia pamiątek. I powiem Wam, że jestem zirytowana równie mocno jak M. brakiem fig, że nie znalazłam ani jednej ładnej bransoletki handmade z muszlami. Ani, ani! NAD MORZEM!
Po zjedzonym obiadku [M. szamała Stifado, czyli wołowinę z cebulkami na ostro z ryżem i pieczonymi ziemniaczkami, a ja Chicken curry, czyli pyszny kurczak w curry z warzywkami, ryż, sałatka oraz chleb pita. Yummy.] wybrałyśmy się do Kanału Miłości (Canal d'Amour - po francusku brzmi to zdecydowanie lepiej...). Ludzie na mieście mówią, że jak dana niewiasta, czy też młodzieniec wykąpie się w wodach tegoż miejsca to odnajdzie miłość do końca życia. Pewnie jesteście ciekawi, czy się skusiłyśmy. Generalnie ja chciałam skakać z główki, M. na bombę, ale nie było takiej możliwości, bo wiał wschodni wiatr.
M. stwierdziła, że rzeczywiście coś może być w tym porzekadle, bo gdyby zechciał taki Janusz z taką Grażyną wykąpać się w tym miejscu to zapewne byłaby to ich ostatnia kąpiel w życiu.
Więc zrobiłyśmy sobie tylko pamiątkowe zdjęcie, które właśnie podziwiacie i wyruszyłyśmy brzegiem morza w dalszą wędrówkę.
Bo może jakiś Januszonois czeka tam za rogiem.
Pozdrawiam
A
![]() |
| Sidari |
![]() |
| Kanał miłości |


Komentarze
Prześlij komentarz