Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z lipiec, 2017

Dzień siódmy. Ta ostatnia niedziela.

Dzień siódmy. Ta ostatnia niedziela. Chociaż za oknem 28°C, o których możecie tylko pomarzyć, odczuwamy lekki ziąb. Tak to jest, gdy człowiek się rozbestwi i zadowala go tylko 35° i bezchmurne niebo. Jednak stwierdziłyśmy zgodnie, że delikatny spadek temperatury jest idealnym preludium do panującej w Polsce zimy. Niestety jutro bladym świtem nadejdzie nieubłagany czas rozłąki z upałem, ciepłym, przejrzystym morzem i wiecznie uśmiechniętymi ludźmi. Trzeba będzie wrócić do  chłodnej rzeczywistości, a jedyne, co będzie nas rozgrzewać to zakupiona nalewka z Kumkwatu. Dzisiejszy dzień umknął pod znakiem błogiego lenistwa (nie napiszę więcej, bo wstyd) oraz wydawania resztek drobniaków z portfela. Ostatni obiad zjadłyśmy w knajpce, w której to też rozpoczęłyśmy naszą grecką, kulinarną przygodę. A jadłyśmy potrawę o szumnej nazwie SUWAŁKI. Jest to grillowany szaszłyk z mięsem i warzywami (do wyboru wieprzowina, wołowina lub kurczak) z dodatkiem pieczonych ziemniaków, sałaty oraz dipu majo...

Dzień szósty. Sidari.

Wiecie jak to jest. Polakowi nie dogodzi. Tak źle i tak niedobrze. Wybrałyśmy się dzisiaj do uroczej miejscowości na północy wyspy, Sidari. Oczywiście najpierw robiąc poranny obchód po zamkniętych sklepach (bo przecież koniec naszego pobytu zbliża się nieuchronnie, a obowiązkowo trzeba przywieźć jakieś suweniry, zapomniałyśmy tylko, że jest sobota i normalni ludzie o 8 rano jeszcze śpią.) Ale wróćmy do (nie)dogadzania. Jak już dojechałyśmy i wypiłyśmy to  nasze Frappe (w sumie to chyba taki nasz mały, poranny rytuał), usadowiłyśmy się na leżaczkach to przyszła pora na zamoczenie kuperków. Więc czym prędzej pohasałyśmy do wody. No i idziemy. Idziemy. I idziemy... Woda sięga do kolan. Idziemy dalej. Woda do połowy łydki, a brzegu już prawie nie widać. Ale idziemy. Woda znowu do kolan. Idziemy. Zaczyna się coś dziać, woda do bioder. Jest progres. Brzeg majaczy gdzieś w oddali... Powoli tracimy cierpliwość, zastanawiając się, czy przypadkiem zaraz nie dojdziemy do innej wyspy. Fale ro...

Dzień piąty. Afrykański skwar.

Drodzy! Z racji tego, że dzisiejsza temperatura wynosi 34°C, a odczuwana jest przez nas jako 40, nasza aktywność ograniczała się do grillowania nóżek, udek i skrzydełek oraz powtarzania "***** jak gorąco". Dodam tylko, że jedna z nas (i nie jestem to ja) godnie reprezentuje naszą narodową flagę.  [zrobiłabym zdjęcie, ale byłoby ono wysoce niestosowne] Stąd też chciałabym podsumować odbyte podróże kulinarne, bo jak wiecie, byle kebabem się nie zadowolimy (no, chyba, że na kacu). Na wczorajszą kolację wybrałyśmy się do klimatycznej knajpki, ukrytej pomiędzy uliczkami oddalonymi od głównego deptaka, jednakowoż wypełnionej gwarem tubylców oraz turystów. Ja zamówiłam grillowane świeże sardynki z mieszanką sałat, M. krewetki, również z sałatą. Laik mógłby pomyśleć, że słaba ta kolacja, ale nic bardziej mylnego. W każdej restauracji (przynajmniej w tych, w których jadłyśmy) dostaje się przystawki oraz desery. W cenie głównego posiłku. Starterem zazwyczaj są ogromne pajdy ci...

Dzień czwarty. Rejs do Blue Lagoon.

No cóż. W życiu bywa i tak, że nastawiasz się na fajerwerki, a kończy się na zimnych ogniach. Tak wyszło tym razem. Więc jeśli marzycie o beztroskim chlapaniu się w błękitnych wodach morza Jońskiego to najpierw nauczcie się pływać. W innym wypadku będziecie sączyć wino i tęsknie patrzeć w kierunku wody i ludzi, zażywających kąpieli, zadając sobie pytanie "gdzie popełniłam błąd?" A tak poważnie to 5 m głębokości trochę mnie zmroziło i nawet  ogromny, dmuchany flaming nie przekonał mnie do zanurzenia się w tym błękicie. Ale niektórzy bardzo ładnie stwarzali pozory twardzieli, zanurzając swoje gorące ciało w wodzie, jednocześnie trzymając się kurczowo drabinki jak małe dziecko spódnicy matki. Szacunek dla M. Pamiętajmy, że na pokładzie dostępnych jest mnóstwo atrakcji, takich jak np. przystojna załoga. Grecy są bardzo otwarci i życzliwi, więc wszelka komunikacja i niewinny flirt są na propsie. I coś tylko dla Pań: ogarniacie ten moment, gdy dostrzegacie przystojnego faceta (mar...

Dzień trzeci. Paleokastritsa.

Dzisiaj będzie w formie poradnika. Gdy zaplanujesz wycieczkę do pobliskiej miejscowości to weź poprawkę na to, że: 1) jesteś śpiochem i ciężko jest Ci zwlec się z łóżka bladym świtem (czyli o 8 zero zero patrząc na to, że to urlop) 2) jesteś kobietą więc pewne rzeczy pozostaną niezmienne (w co się ubrać?) 3) przygotuj się na to, że będziesz dwie godziny później niż zaplanowałaś. Ale udało nam się. Wielki plus za sposób obsługi komunikacji. W autobusie oprócz kierowcy spotykamy kogoś w rodzaju konduktura, kto powie Ci, że to właśnie ten autobus, którego szukasz, pomoże Ci wsiąść z bagażami, wskaże wolne miejsce, przedrze bilet na pół, ładnie się uśmiechnie i jeszcze nawet zagada. Na miejscu zwaliło nas z nóg. Zatoka otoczona wysokimi klifami z piaszczystą plażą. Pewnie nie wiecie, ale Korfu (bo tu jesteśmy) charakteryzują w większości plaże kamieniste, więc piasek był zaskoczeniem (dla M. zapewne nie, bo ona czyta przewodniki ze zrozumieniem, a ja tylko czytam). Powiem Wam, że stałam si...

Benitses - dzień drugi.

Leżing, plażing, smażing. Co mi się podoba? Kupujesz drinka (kawę, wodę, piwo etc.) i możesz się smażyć na hotelowych leżakach z parasolkami 2 metry od morza przez cały dzień. W końcu poznałyśmy smak prawdziwej Frappe. Lokalna kuchnia zaserwowała nam dzisiaj Sofrito - wołowinę w sosie z białego wina, pietruszki i czosnku oraz makaron. Temperatura w cieniu: 35°C. Więcej nie napiszę, bo słońce wypaliło mi oczy. Pozdrawiamy. PS ma ktoś pożyczyć śmietanę? Benitses

Benitses - dzień pierwszy.

Po premierowym POMie po Warszawie, udało nam się (bez większych obelg skierowanych w kierunku GPS) oraz bez zbędnych ofiar (pomijając zachlapany kawą dywan w samochodzie) dotrzeć na lotnisko. A mając mnie za pilota i głównego rozproszyciela uwagi (EJ PATRZ JAKA MGŁA NA PRAWO) uważam to za wyczyn klasy światowej, więc ślę ukłony w stronę M.  Kolejnym wyzwaniem było odnalezienie się w obcym kraju i do tarcie do hotelu, znajdującego się niebagatela 12 km od lotniska. Wybrałyśmy podróż pełną wrażeń, czyli transport miejski. Jeśli myślicie, że lądowanie samolotu może powodować torsje to poczekajcie, aż w greckim MPK zatańczycie Moonwalk do muzyki nurtu czesko-grecko-mongolskiego. Jeśli jednak stwierdzicie, że podziwianie pięknych widoków (dzięki którym wlazłam w M. wyciągającą kamyk z buta i tym samym rozwaliłam kółko w największej walizce) to za mało, to wysiądźcie trzy przystanki wcześniej niż było trzeba i ciśnijcie z buta niosąc zepsutą walizkę z potem ściekającym po... plecach. Gd...