Dzień siódmy. Ta ostatnia niedziela. Chociaż za oknem 28°C, o których możecie tylko pomarzyć, odczuwamy lekki ziąb. Tak to jest, gdy człowiek się rozbestwi i zadowala go tylko 35° i bezchmurne niebo. Jednak stwierdziłyśmy zgodnie, że delikatny spadek temperatury jest idealnym preludium do panującej w Polsce zimy. Niestety jutro bladym świtem nadejdzie nieubłagany czas rozłąki z upałem, ciepłym, przejrzystym morzem i wiecznie uśmiechniętymi ludźmi. Trzeba będzie wrócić do chłodnej rzeczywistości, a jedyne, co będzie nas rozgrzewać to zakupiona nalewka z Kumkwatu. Dzisiejszy dzień umknął pod znakiem błogiego lenistwa (nie napiszę więcej, bo wstyd) oraz wydawania resztek drobniaków z portfela. Ostatni obiad zjadłyśmy w knajpce, w której to też rozpoczęłyśmy naszą grecką, kulinarną przygodę. A jadłyśmy potrawę o szumnej nazwie SUWAŁKI. Jest to grillowany szaszłyk z mięsem i warzywami (do wyboru wieprzowina, wołowina lub kurczak) z dodatkiem pieczonych ziemniaków, sałaty oraz dipu majo...
blog o życiu w dobie kryzysu wartości