Przejdź do głównej zawartości

Posty

Stałam się słońcem

Zbliża się Dzień Kobiet. Nie wiem czy Was również, ale mnie bardzo irytują wszędobylskie reklamy czego kobieta potrzebuje i co jeszcze powinna posiadać (w domyśle: żeby być wystarczającą). Lokówki, prostownice, depilatory, patelnie czy odkurzacze. Sugerowanie takich prezentów sprowadza rolę kobiet do "wyglądających" i "dbających o mir domowy" istot, które nie mają nic więcej do zaoferowania. I ja wszystko rozumiem - marketing dźwignią handlu i każda okazja się nada na podwyższenie sprzedaży. Ale wejdźmy w to głębiej. Czy depilator to jest naprawdę to, czego Twoja kobieta/siostra/mama potrzebuje? Czy może dając jej ten prezent uznajesz, że Dzień Kobiet odhaczony i "weź się babo odczep"? Czy nie lepiej poświęcić jej chwilę uwagi, okazać troskę, a jeśli już kupić prezent to taki, który powie "dziękuję, że jesteś (nawet z nieogolonymi nogami)"?  Drogie Panie, czy naprawdę potrzebujemy non stop się udoskonalać i dążyć do wersji idealnej (która nie ist...

Mój Rok Walki z Depresją

Dzisiaj obchodzimy Międzynarodowy Dzień walki z depresją. To ten dzień, który nie wiem czy powinnam świętować, czy raczej smucić się, że dotyka również mnie. Dlatego na tapetę postanowiłam wziąć siebie przed i po (a raczej w trakcie) terapii. Na depresję cierpię około 1/3 dotychczasowego życia, ale dopiero rok temu odważyłam się skonsultować to ze specjalistą i zacząć nad tym pracować. Zapewne macie czasem tak, że łupie Was w krzyżu, ale liczycie, że za kilka dni przejdzie i nie trzeba będzie iść do lekarza? No to ja tak miałam mniej więcej od 19 roku życia. Tylko, że nie łupało mnie w krzyżu, a w duszy, sercu, psychice i głowie. I każdego roku obiecywałam sobie, że w końcu pójdę, w końcu zacznę, w końcu coś z tym zrobię. Ale nie robiłam. Aż w końcu przyszedł ten dzień, gdy nie byłam w stanie wstać z łóżka. Umycie zębów to był maraton, a dotarcie do pracy osiągnięcie Everestu. To był też czas, gdy przestałam mieć nadzieję. I wtedy już wiedziałam, że nadszedł ten moment. Że albo teraz z...

Święta, smutek i nostalgia

Trudno się z tym kłócić że Święta już za rogiem. Staram się jak mogę żeby chwycić ducha świąt za dupsko jednak mam z tym spory problem. Myślę, że nie jestem jedyną, która ducha świąt zgubiła razem ze swoimi mleczakami. Ten rok, a raczej końcówka jest dla mnie wybitnie smutna, więc i w Święta nie spodziewam się fajerwerków. Piszę o tym, żebyście byli świadomi że Święta to nie tylko radość, szczęście, prezenty i zabawa. To też smutek, tęsknota, samotność i łzy. Więc gdy będziecie zaczepiać kogoś przy stole żeby "w końcu się uśmiechnął" pomyślcie najpierw, że może on nie ma na to siły, nie ma powodu. Może to, że siedzi z Wami przy tym stole to jedyne na co go stać. Doceńcie tą obecność. Bądźcie. Życzę Wam i sobie żeby te Święta obudziły w Was radość dziecka, które dopiero zaczyna gubić mleczaki. Żeby przy stole nie zabrakło szczerych rozmów, wsparcia oraz rodzinnego ciepła. Żeby nadchodzący rok i każdy kolejny był niezmienną motywacją do działania, choć wiem, że nie jest to łatw...

Cześć, jestem Ola.

Już trochę się znamy. Wiecie, że lubię pisać (szczególnie późno w nocy, propsuje wynalazcy podświetlanej klawiatury). Lubię się dzielić spostrzeżeniami i myślami. Słowo pisane zawsze było mi bliższe niż mówione. Nie lubię gadać. I nie mówię tutaj o prowadzeniu rozmowy w celu szeroko rozumianego poznania, tylko o gadaniu dla samego gadania. Wolę pomilczeć. Z pisaniem jest inaczej niż z mówieniem. Spod palców potrafią wyjść słowa nigdy wcześniej niewyartykułowane, przeżycia nie uświadomione i nieposkromione, zaprzeczone wręcz. Nie bez powodu psychologia używa pisma jako narzędzia terapeutycznego. Nie potrafisz opowiedzieć? Napisz. Zacznij stawiać literę za literą, a to samo wypłynie.  Przewertowałam dzisiaj ćwierć "internetów" w poszukiwaniu inspiracji, która w jakimkolwiek stopniu zmusiłaby mnie do pisania magisterki. Jak widać po tym poście - z marnym skutkiem.  Wpisałam w google "kryzys twórczy" (hehe), mając nadzieję na znalezienie cudownego remedium na moje nicni...

Dzień siódmy. Ta ostatnia niedziela.

Dzień siódmy. Ta ostatnia niedziela. Chociaż za oknem 28°C, o których możecie tylko pomarzyć, odczuwamy lekki ziąb. Tak to jest, gdy człowiek się rozbestwi i zadowala go tylko 35° i bezchmurne niebo. Jednak stwierdziłyśmy zgodnie, że delikatny spadek temperatury jest idealnym preludium do panującej w Polsce zimy. Niestety jutro bladym świtem nadejdzie nieubłagany czas rozłąki z upałem, ciepłym, przejrzystym morzem i wiecznie uśmiechniętymi ludźmi. Trzeba będzie wrócić do  chłodnej rzeczywistości, a jedyne, co będzie nas rozgrzewać to zakupiona nalewka z Kumkwatu. Dzisiejszy dzień umknął pod znakiem błogiego lenistwa (nie napiszę więcej, bo wstyd) oraz wydawania resztek drobniaków z portfela. Ostatni obiad zjadłyśmy w knajpce, w której to też rozpoczęłyśmy naszą grecką, kulinarną przygodę. A jadłyśmy potrawę o szumnej nazwie SUWAŁKI. Jest to grillowany szaszłyk z mięsem i warzywami (do wyboru wieprzowina, wołowina lub kurczak) z dodatkiem pieczonych ziemniaków, sałaty oraz dipu majo...

Dzień szósty. Sidari.

Wiecie jak to jest. Polakowi nie dogodzi. Tak źle i tak niedobrze. Wybrałyśmy się dzisiaj do uroczej miejscowości na północy wyspy, Sidari. Oczywiście najpierw robiąc poranny obchód po zamkniętych sklepach (bo przecież koniec naszego pobytu zbliża się nieuchronnie, a obowiązkowo trzeba przywieźć jakieś suweniry, zapomniałyśmy tylko, że jest sobota i normalni ludzie o 8 rano jeszcze śpią.) Ale wróćmy do (nie)dogadzania. Jak już dojechałyśmy i wypiłyśmy to  nasze Frappe (w sumie to chyba taki nasz mały, poranny rytuał), usadowiłyśmy się na leżaczkach to przyszła pora na zamoczenie kuperków. Więc czym prędzej pohasałyśmy do wody. No i idziemy. Idziemy. I idziemy... Woda sięga do kolan. Idziemy dalej. Woda do połowy łydki, a brzegu już prawie nie widać. Ale idziemy. Woda znowu do kolan. Idziemy. Zaczyna się coś dziać, woda do bioder. Jest progres. Brzeg majaczy gdzieś w oddali... Powoli tracimy cierpliwość, zastanawiając się, czy przypadkiem zaraz nie dojdziemy do innej wyspy. Fale ro...

Dzień piąty. Afrykański skwar.

Drodzy! Z racji tego, że dzisiejsza temperatura wynosi 34°C, a odczuwana jest przez nas jako 40, nasza aktywność ograniczała się do grillowania nóżek, udek i skrzydełek oraz powtarzania "***** jak gorąco". Dodam tylko, że jedna z nas (i nie jestem to ja) godnie reprezentuje naszą narodową flagę.  [zrobiłabym zdjęcie, ale byłoby ono wysoce niestosowne] Stąd też chciałabym podsumować odbyte podróże kulinarne, bo jak wiecie, byle kebabem się nie zadowolimy (no, chyba, że na kacu). Na wczorajszą kolację wybrałyśmy się do klimatycznej knajpki, ukrytej pomiędzy uliczkami oddalonymi od głównego deptaka, jednakowoż wypełnionej gwarem tubylców oraz turystów. Ja zamówiłam grillowane świeże sardynki z mieszanką sałat, M. krewetki, również z sałatą. Laik mógłby pomyśleć, że słaba ta kolacja, ale nic bardziej mylnego. W każdej restauracji (przynajmniej w tych, w których jadłyśmy) dostaje się przystawki oraz desery. W cenie głównego posiłku. Starterem zazwyczaj są ogromne pajdy ci...